Zbiór tekstów pochodzących z książki "Król Boleści. Nauki o Męce Pańskiej." poświęconej kazaniom ks. Aleksandra Pawłowskiego, plebana jodłowieckiego, wydanej w Wilnie w 1936 roku.
KS. ALEKSANDER PAWŁOWSKI
Pleban jodłowiecki - polski Vianney
Dobroć Boża, która dała tyle wzorów doskonałości dla każdego stanu, dostępnego dla chrześcijanina, zachciała go też dać kapłanom i nauczycielstwu polskiemu w osobie, zmarłego przed trzema laty w woni świętości, ks. Aleksandra Pawłowskiego, ubogiego plebana jodłowieckiego, byłego nauczyciela szkoły w Dębowcu.
Ks. Aleksander ujrzał światło dzienne w Dębowcu pod Jasłem 29 czerwca 1865 r. jako syn ubogich mieszczan tamtejszych, krawca Kajetana i Anieli z Kozubów.
Z pięciorga dzieci był trzecim. Dwie starsze siostry Marie, zmarły przed przyjściem na świat Aleksandra; siostra Forentyna zmarła w 6-ym roku życia w czasie epidemii cholery w 1873 r. - najmłodsza zaś, Emilia, żyje obecnie w rodzinnem miasteczku Dębowcu. [w 1935 roku - przyp. red.]
- Mieliśmy gruntu półtrzecia morga - pisze żyjąca jeszcze siostra ks. Aleksandra - ale to było bardzo zaniedbane; nasza mama wydzierżawiała po stajanku ludziom - bo sama nie mogła pracować, gdyż była chorowita. Krowy też nie mieliśmy, a nędza w domu była nie do opisania. Oleś sam pasał krowy u wuja swego Antoniego Kazuba poza nauką szkolną, za co nam dawali czasem mleka.
Mama nasza była tak biedna, że do kościoła nie często chodziła, bo nie miała w czem; ani obuwia nie miała, ani ubrania odpowiedniego. W dzień powszedni częściej poszła. Nas uczyła pacierza i żebyśmy byli posłuszni, słuchali w szkole i dobrze się uczyli. Pamiętam, że ciągle nad nami płakała; czuła, że żyć nie będzie, bo była bardzo słaba.
Nad biedną naszą mamą najwięcej miłosierdzia okazywał ks. proboszcz Kopestyński. Nie tylko w naturze, opale i jedzeniu pomagał, ale wspierał także pieniężnemi datkami na ubranka dla dzieci.
Ojciec nasz był kiedyś człowiekiem szlachetnym i dobrym. Gdy jednego roku woda zabrała nam cały majątek w płótnie, którem handlował, popadł w rozpacz i rozpił się, wynosząc wszystko z domu na wódkę. Nawet do kościoła przestał chodzić. Czasem gdy wytrzeźwiał, płakał nad sobą i przyrzekał, że pić już więcej nie będzie. Zapominał jednak o przyrzeczeniach i przy pierwszej okazji upijał się dalej.
Wskutek pijaństwa przeziębił się i z choroby tej już się nie wyleczył.
Oleś i ja płakaliśmy zwykle nad naszą niedolą, a zwłaszcza nad tem, że nie mogliśmy, jak to było u sąsiadów, nawet do kościoła chodzić z rodzicami.
A on bardzo lubił chodzić do kościoła. Zawsze i wszędzie sprawował się wzorowo - był spokojnym i poważnym nad wiek swój.
Największą radością Olesia było, gdy na ospust Św. Bartłomieja nakupił sobie obrazków. Miał ich wiele w książce, którą ojciec zabrał z domu i sprzedał na wódkę. Dziecko nie mogło utulić się z płaczu po stracie najdroższych rzeczy, zwłaszcza pamiątek pilności.
Oleś był dzieckiem bardzo pobożnem, modlił się zawsze gorąco, z nabożeństwem wielkiem i namaszczeniem usługiwał do Mszy św. Mając lat dziesięć przystąpił do pierwszej Komunii św. Świętą chwilę tę często w życiu przypominał, a rocznicę jej gorąco i pobożnie obchodził.
Od pierwszych dni nauki w miejscowej szkole w Dębowcu - pisze dalej siostra - Oleś uczył się wzorowo. Pamięta, jak nieraz po powrocie ze szkoły opowiadał mamie czego się uczył, co ksiądz katecheta opowiadał itd. Był z powodu swojej pilności i przykładnego sprawowania się bardzo lubiany i stawiany innym dzieciom za wzór.
Pewnego razu przed Bożem Narodzeniem przyszedł do nas p. Garbacki, który uczył Olesia, z opłatkami. Gdy go zobaczył zwrócił się do matki z prośbą by oddała go na dalszą naukę do miasta, bo szkoda aby się dziecko tak mądre zmarnowało. Gdy matka usprawiedliwiala się, że z powodu wielkiego ubóstwa tego uczynić nie może, zostawił na stole pewną kwotę na książki dla Olesia i zaznaczył, że chłopca bez nauki zostawić nie można - trzeba będzie uczynić wszystko aby mógł sie dalej uczyć.
Najserdeczniejszym pragnieniem Olesia było kształcić się dalej w naukach. Pasąc raz bydełko swojego wuja na polu, płakał przy matce, że go nie mogła posłać do gimnazjum. Widząc to matka miejscowego proboszcza, skierowała biedną kobiecinę do swego syna, ks. prałata Kopestyńskiego, który zaopiekował się chłopcem i dopomógł do oddania go na naukę w Jaśle.
Ponieważ nie było z czego opłacać utrzymania, donosiła mu matka chleb i omastę do miasta lub dosyłała przez "okazję". A kiedy pewnego razu w zimie, przez czas dłuższy nie mógł doczekac się chleba, wybrał się Oleś pieszo w dwumilową drogę do domu, ale juz matki nie zastał przy życiu. Gdy wchodził do miasta, spotkał ludzi wracających z jej pogrzebu z cmentarza.
Zbolały, złamany, głodny i zmarznięty wrócił do miasta, gdzie przy pomocy dobrych ludzi otrzymał kilka lekcjii i małe stypendium, z czego się sam utrzymywał i dopomagał młodszej siostrzyczce, bo dwoje ich zostało sierotami.
Najwięcej jednak dopomógł mu wspomniany już wyżej ks. Kopestyński. On to przyjechał sam do Jasła, oddając osieroconego chłopca niejakiej p. Repczyńskiej, która przyjęła go do swego domu, polecając mu w zamian za utrzymanie pomaganie w nauce jej synowi. Tu dopiero Oleś znalazł prawdziwą opiekę i kierunek w stawianiu pierwszych kroków na świecie. O dobrodziejstwach tych, zwłaszcza o ks. Kopestyńskim, pamiętał zawsze ks. Aleksander.
Zachował się notesik z jego czasów gimnazjalnych, w którym notował wiele, kiedy i kto mu pomagał. W brewiarzu stale nosił spis swoich dobrodziejów, o których w modlitwach kapłańskich codziennie pamiętał do końca życia.
Przez cały okres studiów gimnazjalnych w Jaśle, Oleś wyróżniał się spośród wszystkich uczniów. Cały dzień schodził mu na pracy. Wstawał raniutko, modlił się, rozmyślał, usługiwał do Mszy świętej. Bardzo często przystępował do stołu Pańskiego. Po śniadanku skromnem biegł do kościoła pokłonić się Panu Jezusowi, skąd następnie na lekcje do szkoły. Wieczorem zastanawiał się nad tym jak przeżył dzień ubiegły i modlił się gorąco do Najświętszej Panny, do której miał od dziecięcia szczególniejsze nabożeństwo.
- Odwiedzając Olesia w Jaśle w czasie jego nauki w gimnazjum - czytamy w relacji siostry ks. Aleksandra - widziałam u niego intencje do Serca Pana Jezusa, kiedy to, lat temu przeszło pięćdziesiąt, nabożeństwo to nie było jeszcze szerzej znane i praktykowane.
Pewnego dnia wręczył mi nową książeczkę do modlenia: "Upominek dla młodzieży", nakazując mi, abym się z niej modliła.
Od dziecka ćwiczył się sam w skupieniu i w żarliwej pobożności, a czynił to tem goręcej, gdy patrzał na zło w domu i obrazę Boską, jakie działy się z powodu słabości ojcowskich.
Bardzo piękne wspomnienia z czasów gimnazjalnych w Jaśle podaje nam kolega szkolny Sługi Bożego, ks. Profesor Józef Gayda z Jasła. Oto jego słowa:
- Oleś pochodził z bardzo ubogiej rodziny mieszczańskiej z Dębowca, przeto od wczesnej młodości utrzymywał się sam z lekcji udzielanych młodszym uczniom.
Ponieważ nie uznawał żadnych zbytków, przeto grosz ciężko zapracowany starczył mu na przyzwoitą stancję i dobre ubranie; zawsze czyściutki, zawsze pięknie ubrany. A ponieważ lekcje dawał zawsze w domach lepszych, więc też wcześnie nabrał wykwintnych form towarzyskich.
Był on młodzieńcem bardzo przystojnym. Wzrostu średniego, silny brunet, włos czarny, rozdzielony starannie z lewej strony - twarz bardzo świeża, rumiana, rysy regularne, więcej "owal"; oczy ciemne - żywe - wyraz twarzy miły, spokojny, nieco uśmiechnięty - nigdy ponury, nigdy zgryźliwy.
Bo Oleś to był anioł w ludzkim ciele.
Nikt go nie widział podnieconym, złośliwym, nikt nie słyszał z ust jego słowa mniej skromnego, dwuznacznego - nigdy obelga, nigdy przezwisko, tem mniej przekleństwo.
Ale Oleś to nie był odludek. On sam najlepszy kolega, towarzysz, kochany przez kolegów, sam kolegów kochający - owszem - to pierwsza figura między kolegami; on nami kierował. Co Oleś zarządził, to być musiało, czy to składka, czy wycieczka, czy zebranie, czy jakiś obchód uroczysty.
Prośbie: - Olesiu, zrób zadanie, przetłumacz; pożycz pieniędzy - nigdy nie odmówił.
Odznaczał się Oleś wybitnemi zdolnościami, to też przez cały czas studiów gimnazjalnych był uczniem najlepszym, celującym - tak zwanym prymusem. Oprócz przedmiotów wszkolnych uczył się już wcześnie języka francuskiego, którym całkiem biegle władał już jako gimnazjalista, ale się tym nigdy nie chwalił ani popisywał.
Po maturze, którą zdał naturalnie z odznaczeniem (4 czerwca 1886), zapytałem go:
- Olesiu, na co się wybierasz? Odpowiedział śmiało i otwarcie: - Na teologię!
Ja mu na to: - Po co tam idziesz? Nie wysiedzisz!
- Wysiedzę! - odpowiedział. Niestety - tuż przed wyjazdem do Przemyśla z końcem września 1886 r. zachorował na tyfus. Choroba przeciągnęła się do Bożego Narodzenia, studiów rozpocząć już nie mógł. Stracił rok.
Od 1 lutego 1887 r. objął posadę nauczyciela ludowego w Dębowcu, aby darmo nie siedzieć, a w tymże samym roku w jesieni został ponownie przyjęty w poczet alumnów seminarium biskupiego w Przemyślu.
Pracując jako nauczyciel ludowy w dębowieckiej szkole, w której sam kiedyś naukę rozpoczynał, zaoszczędził sobie tyle, że uporządkował swoje sprawy rodzinne i miał na podróż do Przemyśla i na pierwsze wydatki w seminarium.
Studia teologiczne odbył w Przemyślu, gdzie pod każdym względem celował, zwłaszcza w nadzwyczajnej dobroci, przedziwnej prostocie, ujmującej grzeczności i głębokiej pobożności. W ogniu zaś cierpień i trudów, już od lat dziecięcych dojrzewał jako wielki Sługa Boży.
Wyświęcony na kapłana w 1891 r. naznaczony zostaje na wikariusza do Rokietnicy pod Przemyślem, gdzie pod okiem świątobliwego plebana, ks. Michała Rosickiego, przez lat osiem zaprawia się w służbie kapłańskiej, czyniąc wiele dobrego dokoła siebie. Ubóstwo miłował całem swojem sercem kapłanskiem. Co uzbierał z kolęd, intencji mszalnych lub za posługę duchowną, obracał na kościół i ubogich twierdząc, że grosz kapłański winien służyć jedynie chwale Bożej i potrzebującym.
Gdy przybyła do niego w odwiedziny siostrzenica, zastała go bardzo chorego. Przeziębił się, bo w czasie mrozów chodził do szkół w lekkim kleryckim płaszczyku. Nie było za co sprawić nowego, bo przy sobie grosza nie miał.
Pracy parafialnej oddał się ks. Aleksander z apostolską gorliwością ku wielkiemu zadowoleniu tak parafian, jak i ks. proboszcza; między nim bowiem a młodym wikariuszem wytworzył się bardzo serdeczny i przyjacielski stosunek. Ks. Aleksander nie tylko z całem oddaniem się spełniał swoje obowiązki na niwie duszpasterskiej, ale jak umiał i mógł, starał się podeszłemu w latach plebanowi ulżyć w kłopotach domowych i gospodarskich. Szkół, a zwłaszcza godzin religii pilnował skrupulatnie.
Między dziećmi i młodzieżą ks. Aleksander czuł się zawsze najlepiej, nigdy się na nic nie uskarżał, nie widać też było po nim znużenia lub jakiegokolwiek zdenerwowania. Zwłaszcza bardzo pięknie i podniośle przygotowywał dziatwę do pierwszej Komunii świętej. Liczne świadectwa władz tak duchownych jak i świeckich, listy i pamiątki różne, najlepiej stwierdzają rzetelność i namaszczenie w pracy kapłańskiej i katechetycznej, którą pełnił jak najdokładniej, a że był zdolny i pracowity, więc i wysoce umiejętnie.
Patrząc na życie i czyny ks. Aleksandra, już wówczas trudno było zrozumieć, skąd w tym początkującym kapłanie było tyle roztropności i doświadczenia, jakie dopiero z wiekiem przychodzi.
Nic też dziwnego, że bardzo smucili się i boleli parafianie Rokietnicy, gdy po ośmiu latach pobytu wśród nich, władza duchowna odwołała do sąsiedniego miasteczka Pruchnika, znanego szeroko w Polsce, gdyż w niem ujrzał światło dzienne wielki jałmużnik narodu polskiego i wychowawca, świątobliwy ks. Bronisław - Bonawentura Markiewicz, założyciel polskiego zakonu św. Michała Archanioła i zakładów wychowawczych dla sierót w Miejscu Piastowem. W parafii pruchnickiej pełnił ks. Aleksander obowiązki wikariusza, obsługującego filialny kościołek w Jodłówce.
Pięć kilometrów oddalona od Pruchnika lezy wspomniana wioska, początkami swemi sięgająca niepamiętnych czasów. Ongiś leżała ona wśród nieprzebytych puszcz i lasów, z których dziś niewiele pozostało. Miejscowość ta położona jest bardzo malowniczo, ale niedostępnie, zwłaszcza wiosną i w jesieni wskutek górzystych dróg i błota. Mało ktoby wiedział o niej, gdyby nie znajdował się tam na Górze Świętej Maryi piękny kościółek murowany z cudownym obrazem Matki Boskiej Pocieszycielki i Orędowniczki, który od wieków był i jest celem licznych pielgrzymek pobożnego ludu z okolic i bardzo dalekich nieraz stron.
Cudowny obraz ten umieszczony był pierwotnie w ozdobnej kapliczce na drzewie w lesie, tuż przy uroczej krynicy "cudownej studzience". Z czasem, gdy coraz liczniejsze pielgrzymki napływały do tego cudownego miejsca, lud okoliczny wybudował mały kościółek z kamieni, w którym odprawiane było nabożeństwo w czasie odpustów.
Prawdopodobnie cudowny obraz ten pochodzi z zamku starożytnego rodu Herburtów z Dobromila. Do Jodłówki, względnie do lasów jodłowieckich, dostał się w czasie wojen szwedzkich. Widocznie sama Matka Najświętsza wybrała sobie to miejsce na swoją stolicę łask.
W 1864 r. ks. Piotr Gerad, wikariusz pruchnicki, wielki czciciel cudownej Panienki Jodłowieckiej, zbudował tu z ofiar okolicznego ludu nieduży kościół murowany, który obecnie służy jako parafialny. Do tego kościołka, wśród kilkudniowych wspaniałych uroczystości i nieprzeliczonego napływu pielgrzymek przeniesiony został w 1871 r. cudowny obraz i umieszczony w wielkim ołtarzu. Wówczas to i kościół został poświęcony, a konsekrowany w 1907 r. pod wezwaniem Matki Boskiej Pocieszenia. Później ustanowiono tam parafię, której pierwszym plebanem zamianowała władza duchowna ks. Pawłowskiego.
Do Jodłówki przybył ks. Aleksander jak misjonarz - pod gołe niebo, bo prócz kościoła na polu opuszczonego, starej kamiennej kaplicy i "cudownego źródełka", nad którym królowała kiedyś cudowna Panienka i Lekarka ludu, nic tam więcej nie było.
Bez żadnych środków do życia, zamieszkał na stancji w chacie wieśniaczej, dorabiając się z trudem od najmniejszej rzeczy. Pracowitością niezmordowaną i wytrwałością, przy pomocy Najświętszej Panienki Jodłowieckiej, doszedł do tego, że kościółek powiększył, odnowił i odmalował, sprawił piękne ołtarze i sprzęty kościelne, oraz wybudował kapliczkę nad "cudowną studzienką", z której woda wielu chorym cudownie do zdrowia pomogła. Stanęła też obok kościoła i uboga plebanijka, którą świątobliwy pleban otoczył pięknym ogrodem ze sadem i wzorową pasieką, gdzie sobie wypoczywając po trudach, cichutko pracował zdala od wszelkiego gwaru.
Starając się o zewnętrzną rozbudowę parafii, najwięcej pracy i trudu wkłada w jej budowę wewnętrzną. Był to bowiem pasterz niezmordowany, wielki kierownik dusz, niestrudzony spowiednik i katecheta. Swej ubogiej Jodłówki pilnował z iście macierzyńską troskliwością, nigdzie nie wyjeżdżając, chyba z posługą duchowną do sąsiednich parafii.
Do pełnienia swoich obowiązków kapłańskich zawsze przygotowywał się z największą skrupulatnością. Wolne od zajęć w kościele i parafii chwile, obracał na studja i czytanie książek i pism, na które grosza nigdy nie żałował. Pozostawił po sobie w nich cały swój majątek. Zwłaszcza dzieła Ojców Kościoła były jego umiłowaniem. Kazania, które wygłaszał, odznaczały się szczególniejszą jasnością i przystępnością obok głębokiej myśli i gorącego uczucia miłości Boga i bliźnich.
Ludzi do siebie dziwnie pociągał. Kochał wszystkich i dla wszystkich był niewypowiedzianie dobry i życzliwy. Każdy rad by się jego modlitwom polecić, toteż można często go było widzieć jak przy ołtarzu modlił się gorąco nad głową chorego. Na msze św. przynoszono mu lub przesyłano ofiary z dalekich nieraz stron z wielką ufnością i wiarą, że Matka Boska Jodłowiecka wysłucha proszących za jego wstawiennictwem.
Piękną charakterystykę Sługi Bożego podaje jego długoletni sąsiad i przyjaciel, X. Wawrzyniec Motyl, proboszcz pruchniki: Ś.P. ks. Pawłowski przeszedł przez życie tak cichutko, tak bez rozgłosu, tak mało zaprzątał sąsiadów swą osobą, swemi trudnościami, swojemi przeżyciami wesołemi czy smutnemi, że wydaje się, jakoby nie umarł, lecz, że dalej w swojem pustkowiu zacisznie pracuje. Gdyby się zechciało uchwycić podłoże jego pracy w kościele czy poza nim, podstawę, na której opierał swe stosunki domowe, parafialne, sąsiedzkie, czy społeczne, źródło, skąd czerpał siły do pracy, do wyrobienia wewnętrznego, do nie załamania się w dzisiejszych czasach, słowem do swej wartości moralnej, sądzę, że najwłaściwszem będzie przyznać, iż. ś.p. ks. Aleksander oparł swe życie i wcielił w swe życie te króciutkie słowa: mitis et humilis corde (cichy i pokornego serca).
Mitis, quia humilis w stosunku do parafian. Stosunek ten nie był łatwy, gdyż rozsiadło się tu "Wyzwolenie" [Polskie Stronnictwo Ludowe "Wyzwolenie" - przyp. red.], a że nie był gorszący, to tylko dlatego, że ś.p. Oleś był mitis i humilis, gdyż nie jest uczeń nad Mistrza. Mitis w pracy parafialnej; parafia niewielka, lecz rozrzucona po górach, dlatego praca wielce utrudniona, gdyż ś.p. ks. Aleksander nie łaknął i nie znał ulgi i rozrywki dla siebie i dlatego był w pracy niezmordowany.
Mitis w chorobie, która go w ostatnich latach często i boleśnie dotykała. Humilis w stodunkach ze sąsiadami. Umysł to był niepośledni, rozwinięty i łaknący wiedzy, toteż ś.p. ks. Pawłowski miał wiedzę, zwłaszcza fachową i starał się ją pogłębiać lecz nigdy się ze swą wiedzą nie narzucał, braków innych nie wytykał, a powodzenia uznawał i podnosił. Temi rysami charakteru zyskiwał szacunek serca, niemi rozbrajał swych przeciwników, gdyż skoro zamierzał się przenieść na probostwo do Jawornika Polskiego, ci, co mu najbardziej utrudniali pracę parafialną, prosili go, aby ich nie opuszczał.
Pamiętając na słowa psalmisty: "Ortano tu eris audior - sierocie ty będziesz pomocnikiem" stał się wielkim jałmużnikiem ubogich, chorych i sierót. Dzień Sądu Pańskiego wykryje kiedyś, jak wiele ten pokorny Sługa Boży zdziałał dobrego w swem życiu, a jeżeli zadaniem i treścią życia każdego kapłana poświęcenie się dla drugich, o ileż tego poświęcenia, ile zaparcia samego siebie widzimy w całem życiu ks. Aleksandra. Pracowity ponad siły, pokorny i cichy, oddany jedynie swoim obowiązkom - dla siebie nie wymagający żadnych przyjemności, nie dbający o względy ludzkie, o nikim źle nie myślący ani mówiący - zupełnie oddany Bogu i parafii, dla której był nie tyle pasterzem, ile raczej aniołem opiekuńczym. Biednym rozdawał chleb i zboże, pogrzeby odprawiał bezinteresownie, płaczących i smutnych pocieszał jak mógł, rozbrajał swą dobrocią nawet swych wrogów, których z powodu agitacji wywrotowej miał niemało, zwłaszcza wśród młodszych, którzy wrócili z wojny. Znał myśli innych, odgadywał ich życzenia mimo, że nieraz wiele musiał znieść od tych, którym czynił najwięcej - niejedno też wycierpiał, a zawsze w tajemnicy, w cichości, przed Bogiem się tylko użalając, aby nikogo nie zasmucić, nie zmartwić.
- W poświęceniu i trosce o uświęcenie dusz sowich owieczek - pisze długoletnia penitentka Sługi Bożego, Rozalia Piaśniakówna - był niezmordowany. Kiedy chorowała pewna kobieta na suchoty, a mieszkała nie bardzo daleko od kościoła, ks. Aleksander codziennie zanosił jej Pana Jezusa, nie czyniąc tem nikomu zakłopotania. Stół miał przygotowany, a przy świetle latarki kościelnej udzielał chorej Komunii św. Nawet domownicy nie musieli czekać, gdy mieli w polu robotę. Uszczęśliwiona kobiecina, sama później mnie wyznawała, że "teraz dopiero poznaję życie i ogromnie żałuję, że mając tak blisko kościół, nie korzystałam z tylu łask Bożych". Opatrzona Panem Jezusem na śmierć, w wielkiej pobożności oddała Bogu swą duszę.
Pewnej niedzieli w czasie wielkiego postu, ksiądz kanonik nasłuchawszy się od świtu spowiedzi wielkanocnej - miał pół głowy zawiniętej, opuchnięte oko i cały był skostniały od zimna - miał dwie msze z kazaniami rano i na sumie odprawił, opadając po prostu ze znużenia. Tak się złożyło, że w tę niedzielę przyniosłam ofiarę na Mszę św. od SS. Służebniczek z Rączyny, które miały gorące nabożeństwo do Matki Boskiej Jodłowieckiej i wielką ufność do Jego modlitwy.
Kiedy mu wręczyłam ofiarę, pyta mnie, czy się chcę spowiadać - a miałam to szczęście mieć go przez 25 lat spowiednikiem i kierownikiem duchownym. Ja choć pragnęłam być u spowiedzi, widząc go tak umęczonym, nie miałam odwagi o to prosić, więc mówię: ksiądz kanonik taki zmęczony, to kiedy indziej przyjdę. A on mi na to: - Ja przecie i tak spowiadam, to się już więcej nie zmęczę... - I tak się wyspowiadałam.
Innym znów razem, w czasie oktawy Bożego Ciała, nie byłam u Komunii świętej. Gdy mnie tylko spotkał po wyjściu z kościoła, z jakimś dziwnym smutkiem zwrócił sie do mnie ze słowami: - Nie byłaś dziś, Róziu, u Pana Jezusa?...
Tak mu gorąco zależało na każdej Komunii świętej. Ile to razy długo po sumie nie opuszczał konfesjonału dla kilku osób, choć był sam na parafii, na czczo, umęczony i wyczerpany. W konfesjonale też, jak żołnierz na posterunku, upadł na drzwiczki omdlały, skąd wyniesiono go na łoże śmierci.
Nigdy go jednak nie widziałam zniechęconego; zawsze usłużny, przystępny, serdeczny choć cierpiący, bo zdrowia nigdy nie miał. Przed kilku laty ciężko zaniemógł w Wielką Sobotę. Gdy sie na drugi dzień o świcie rozpoczęła rezurekcja, prosił by mu drzwi otworzono na kościół, aby mógł widzieć procesję i łączyć się ze swoimi parafianami w hołdzie Jezusowi Zmartwychwstałemu.
A z jakim to namaszczeniem i świętnością były obchodzone u niego wszelkie święta i uroczystości kościelne, jak Boże Narodzenie, Wielkanoc, Zielone święta, majowe, czerwcowe i październikowe nabożeństwa, roraty itd.
Mimo tylu trosk, cierpień i przykrości, jego wewnętrzne szczęście i spokój przebijały się w radosnym, miłym spojrzeniu, przedziwnej dobroci i pogodzie oblicza, udzielającym się tym, z którymi obcował. Jakiś czar od niego promieniował - świętość jaśniała na jego twarzy, odbijała się w każdym ruchu.
Wiary był tak wielkiej, że nadzwyczajne łaski ludziom wypraszał. Miłość Boża rozpierała jego serce kapłańskie, tak, że nie mógł nieraz mówić. Źródłem jego świątobliwości i tego przedziwnego uroku, jaki go cechował, było gorace nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa, utajonego w Sakramencie Ołtarza - Niepokalanej Bogarodzicy i Świętych Patronów naszych, o czym świadczą czyny jego życia oraz jego nauki i pisma tchnące seraficzną miłością.
Ks. Aleksander Pawłowski, proboszcz w Jodłówce
Największą opieką otaczał zawsze cudowny obraz Matki Boskiej Jodłowieckiej, do której miał dziecięce nabożeństwo. W ostatnich latach zabiegał gorąco o uroczystą koronację tego obrazu, ze wzgledu na niezliczone łaski i cuda, jakich tu wierni doznają od wieków, przybywając ze wszystkich stron, nawet z poza granic Polski i z Ameryki. "Wieluż stąd, którzy tu przyszli Maryję błagać w smutku - pisze sam Sługa Boży - odeszło pocieszonych; ileż, co tu przyszli błagać o zdrowie dla chorych dzieci, wrócili do domu i zastali zdrowe swe pociechy - ilu tu ciemnych przejrzało, chorobami połamanych kalek wróciło do domu o własnej mocy, umierających do zdrowia wróciło... Jest tu w tym miejscu świętym palec Boży, jest tu potega Maryi, która to miejsce sobie obrała i chce, aby chwała Jej rozchodziła się stąd szeroko w świat i dlatego tak wszystkim tu cudownie kieruje".
Ksiądz Aleksander to jej wielki czciciel, apostoł i syn. Cześć Maryi była słodkością jego jasnej duszy. Z różańcem nigdy się nie rozstawał; z nim jechał do chorego, z nim szedł szarą godziną do kościoła z latarką, aby tam u stóp Przenajświętszego Sakramentu i Jej cudownego obrazu wynurzyć swą miłość, ukoić swe cierpienia i troski. A gdy dawano mu bogate parafie, nie porzucił swej ubogiej Jodłówki, tłumacząc się przed najbliższymi, że umarłby na serce, gdyby mu przyszło pożegnać się z tą Matką Boską cudowną.
Pierwsze i ostatnie swoje kazanie poświęcił Niepokalanej Bogarodzicy; przetrawione one były największą miłością i najserdeczniejszą gorliwością o Jej chwałę. Przeczuwając bliską śmierć w ostatnim swoim kazaniu na Niepokalane poczęcie N.M.P. w 1931 r. gasnącymi słowami wlewał całą duszę swoją w serca parafian, podkreślając, że ostatni raz do nich przemawia. Wzruszenie było tak wielkie, że cały kościół zanosił się od płaczu.
Wszystkie jego czyny i sprawy, dnie i noce, ze łzami cudownej Pani Jodłowieckiej oddawał w ofierze. Ilekroć razy był w kościele, zatrzymywał się tam, gdzie na tłach królewskich, jaśnieje Jej postac cudowna - cały oderwany od ziemi, cały wpatrzony w jej obraz, który o ile mógł, pocałunkami okrywał... Ale nie sam tylko płonął takim nabożeństwem gorącym, także parafian swoich i pątników wzywał do szerzenia czci Błogosławionej Dziewicy, stwierdzając na każdym kroku, że to Ona jest Królową i Pania naszej Ojczyzny, Opiekunką parafii i tego cudownego miejsca - najczulszą Pocieszycielką i Orędowniczką ludu.
Byl on też doradcą, współzałożycielem i perwszym kapłanem Instytutu Niepokalanej Królowej Polski - Marianum, który działalność swoją u stóp Jodłowieckiej Panienki rozpoczął w Zielone Święta 1928 r. Ostatnie swe lata planował ks. Aleksander poświęcić temu dziełu, długoletnia jednak choroba wyczerpała resztę jego sił w pracy parafialnej, przy której swego swiątobliwego żywota dokonał. Dobrzy parafianie wynieśli swego pasterza na łoże śmierci z konfesjonału, w którym upadł omdlały z cierpień i osłabienia.
Wielki kapłan ten, żarliwy bogomódlca i głęboki teolog, należał do cichych i pokornych pracowników na niwie Pańskiej, którzy nie szukają siebie ani swojej korzyści, ale Jezusa Chrystusa szukają i rozdają Go wiernym, dlatego za życia są nieznani, a dopiero po ich śmierci Bóg nam świadectwo o nich daje. I nasz Sługa Boży przeszedł przez życie swoje nikomu prawie nieznany, aż dopiero teraz, po śmierci, ze ździwieniem dowiaduje się świat, że tam na południu Polski, wśród gór i lasów, przy ubogim, wiejskim kościółku, przez kilkadzisiąt lat pasterzował kapłan według Serca Bożego - którego porównują ze świętym proboszczem z Ars, Janem Vianney'em.
Z długotrwałej choroby nerek i wątroby, wywiązała się cukrzyca, sprawiająca nadzwyczaj dotkliwe cierpienia. Litość brała patrząc na jego męki. Nigdy jednak ani słowa żalu czy skargi - przeciwnie, tu dopiero ukazała się wielka jego dusza, gdy będąc sam ciężko cierpiącym w szpitalu w Jarosławiu, lub w swojej parafii, podnosił się z łóżka, aby posłużyć innym chorym gdy brakło kapłana. Na dwa miesiące przed śmiercią, w grudniu 1931 r. ostatnich sił dobywając, odprawial codziennie o świcie roraty. Ubierajac się do mszy św. siadał na krześle, nie mogąc się utrzymać na nogach. Gdy mu siostrzenica (prowadząca gospodarstwo) zwracała uwagę, że powinien zostać w domu, odpowiadał zasmucony: - Kościoła mi żałujesz? To już pewnie ostatnie moje roraty - ty tego, moje dziecko, nie zrozumiesz...
Bóg wołał go do siebie... nie pomogły zabiegi lekarzy. Ostatnią spowiedź odbył przed kolegą swoim ks. Fusem. Pana Jezusa przyjmował do ostatnich dni klęcząc i modląc się nieustannie. Na kilka godzin przed śmiercią poprosił o brewiarz - chciał się modlić, a gdy nie mógł znaleźć przypadającego na ten dzień officjum, upadł zmęczony na poduszkę, żaląc się do obecnych - Już nie poradzę... Umierał dziwnie spokojnie, jakby zasypiał - widocznie Matka Najświętsza ukoiła ostatni ból swojemu słudze wiernemu, bo w Jej dzień sobotni 27 lutego 1932 roku, o świcie, gdy jutrzenka ukazała się na niebie, poszedł w górną krainę oglądać światłość Bożą i ucałować stopy swojej Królowej i Pani, której wiernie przesłużył całe swoje życie ziemskie.
Stało się to w dzień imienin Sługi Bożego, w uroczystość św. Aleksandra.
Jak ubogie i święte było życie księdza Aleksandra, tak ubogo i święcie go zakończył. Świadczy o tym najwymowniej list ś.p. świątobliwego biskupa przemyskiego, Anatola Nowaka, który wraz z pieniędzmi nadszedł przed samą śmiercią Sługi Bożego, oto jego treść:
Dowiedziałem się o poważnej chorobie Waszej Wielebności od Wielebnego Księdza Ludwika Fusa. Odprawiłem we czwartek mszę św. w Waszej intencji i nadal będę Was polecał w modlitwach, aby Pan Jezus, któregoście codzień przyjmowali, i ta Matka Najświętsza, Cudowna, którejście stróżem byli, raczyła to dać pokojowi Waszemu, polecając modlitwom Waszym całą diecezję. A wiedząc, żeście umiłowali ubóstwo ewangeliczne, posyłam Wam 400 zł. na kurację wraz z pasterskim błogosławieństwem. W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
† Antoni Nowak
Biskup Przemyski ob. łać.
Nie znaleziono też po śmierci żadnego testamentu, bo ubogi pasterz nie miał czym rozporządzać.
Ks. Aleksander już za swego życia uważany był za świętego, to też pamięć jego otoczyła zaraz po zgonie taką woń świątobliwości, jaka zwykła towarzyszyć tylko prawdziwie wielkim Sługom Bożym.
Nad grobem modlono się nie za niego, lecz do niego, jak tego nie zawahał się zaznaczyć w swoich słowach podzwonnych żałobny kaznodzieja: - To śmiało powiedzieć wam mogę, że mieliście proboszcza świętego!... A co potwierdził także wyżej już wspomniany ksiądz Biskup Nowak w swym liście do parafian: "Ufam, że po takim życiu doczesnym, dusza ś.p. księdza Aleksandra weszła do wesela Pana swojego i zażywa odpocznienia wiekuistego, co daje powód do radości i pewności, że mamy nowego Orędownika w niebie..."
Doczesne szczątki księdza Aleksandra złożyli pobożni parafianie na swym cmentarzu jodłowieckim, aby wśród nich spoczął.
Nagrobek ks. A. Pawłowskiego na cmentarzu parafialnym w Jodłówce. (2010)
Z bezgranicznym zaufaniem zwracano się za życia ks. Aleksandra do jego szlachetnego, głęboko współczującego serca. On zaś, jak był tu na ziemi najlepszym ojcem dla wszystkich, tak też - są na to pewne znaki - i nadal po ojcowsku opiekuje się z nieba tymi, którzy jego orędownictwu u tronu Bożego się polecają.
Uciekajmy się przeto do dobrego serca tego niezwykłego Sługi Bożego we wszystkich duchowych i doczesnych naszych potrzebach - składajmy wszystkie sprawy nasze w jego ręce z najgłębszą ufnością, że nas wspomagać i pocieszać będzie, ale módlmy się jednocześnie, by Najwyższy Rozdawca łask przez Swego Namiestnika na ziemi ukazał go światu w królewskim orszaku Niepokalanej Królowej Polski, jako Patrona Pasterzy i Nauczycielstwa ludu naszego, umieszczając imię jego w szeregach tych, których czcimy na ołtarzach.
Tadeusz Birecki, Wilno 1936
"NOWY POLSKI ŚWIĘTY", artykuł ze "Słowa" wileńskiego Nr 57 z 27-go marca 1935 r.
Trzy lata temu, 27 lutego 1932 roku cicho umarł ks. Aleksander Pawłowski, pleban jodłowiecki (koło Pruchnika) w diecezji przemyskiej.
Umarł in odore sanctitatis...
Ks. Aleksander Pawłowski już za życia był uważany za świętego - po śmierci zaś modlący się przy jego grobie doznawali łask; to też modlono się nie za niego, lecz do niego, a żegnający doczesne szczątki kapłan rzekł z głębokim przekonaniem:
- To śmiało powiedzieć wam mogę, że mieliście proboszcza świętego.
Ks. Biskup Anatol Nowak w swym liście do parafian tak mówił:
- Ufam, że po takim życiu doczesnym, dusza ś.p. ks. Aleksandra weszła do wesela Pana swojego i zażywa odpocznienia wiekuistego, co daje powód do radości i pewności, że mamy nowego Orędownika w niebie.
Urodzony w r. 1865 w Dębowcu pod Jasłem i pochodzący z niezamożnej mieszczańskiej rodziny, ś.p. ks. Aleksander Pawłowski od najmłodszych lat odznaczał się wyjątkowymi zaletami ducha i niezwykłymi zdolnościami. Już na ławie szkolnej marzył o służbie kapłańskiej, ale przeszkody przede wszystkim natury materialnej utrudniały mi wkroczenie na tę drogę. Po skonczeniu gimnazjum przez parę lat pracowal w charakterze nauczyciela szkoły powszechnej w Dębowcu, w tej szkole, w której sam pobierał początkowe nauki. Później skończył nauki teologiczne i poświęcił się cichej pracy na wsi.
Unikając zaszczytów i odznaczeń, zawsze chowając się w cień, święty kapłan był natchnionym i gorliwym pasterzem powierzonej mu trzody. Umial podejść do człowieka blisko i spojrzeć mu prosto w serce. To też był przewodnikiem najlepszym.
Autor żywota ks. Aleksandra Pawłowskiego, Tadeusz Birecki, tak mówi o świątobliwym kapłanie:
- Z bezgranicznym zaufaniem zwracano się za życia ks. Aleksandra do jego szlachetnego, głęboko współczującego serca. On zaś, jak był tu na ziemi najlepszym ojcem dla wszystkich, tak też - są na to pewne znaki - i nadal po ojcowsku opiekuje się z nieba tymi, którzy jego orędownictwu u tronu Bożego się polecają.
Można mieć nadzieję, iż ks. Aleksander Pawłowski zostanie kanonizowany.
Dzieło ks. Aleksandra Pawłowskiego, jakim było jego święte życie, jest wielkie i dla narodu polskiego niezmiernie cenne. Ale poza czynem pozostawił "Polski Vianney" także i słowo w postaci niemal tysiąca kazań i nauk moralnych na różne okoliczności.
Wileński Instytut Niepokalanej Królowej Polskiej "Marianum", którego jednym ze współzałożycieli był ś.p. ks. A. Pawłowski, rozpoczął druk kazań p.t. "Słowo Boże".
Kazania ks. A. Pawłowskiego będą ukazywały się zeszytami w serii wydawniczej p.n. "Książnica Akcji Apostolskiej". Tom pierwszy, który już został zapoczątkowany, będzie zawierał kazania o Męce Pańskiej.
Jakże ciekawe są te kazania! Bezpretensjonalne pod względem formy, bo przeznaczone dla najszerszych mas wiernych, odznaczają się one wielką siłą wiary i świętego natchnienia, którym nie może nie ulec czytelnik - którym podda się bez zastrzeżeń słuchacz.
Nie nowa forma, nie nowa treść stanowi wartość kazań ks. Aleksandra Pawłowskiego - lecz nowa siła, której źródłem jest bezgraniczna wiara.
Ks. Władysław Staich w przedmowie do wydania kazań, tak mówi o nich:
- Kazania ks. Aleksandra Pawłowskiego, nazywanego polskim Vianney'em, słusznie zalecić należy, jako rzeczy wielkiej wartości wewnętrznej, mogace posłużyć naszym kaznodziejom nie tylko, może, jako rzeczywiste wzory kaznodziejskich opracowań, ile raczej źródła świętych natchnień apostolskich.
Niezaowdnie księża, szczególnie znajdujący się na prowincji, zwrócą uwagę na te kazania, tym bardziej, że juz się zbliża okres rozpamiętywania Męki Pańskiej - ale nie tylko duchowieństwo powinno zainteresować się kazaniami ks. Pawłowskiego: przecież nie zawsze można tak bezpośrednio posłyszeć głos świętego!...